17 lutego 2011

Porażka z LA Lakers

No easy rebounds
(Photo by Elsa/Getty Images)
Drugie w tym sezonie spotkanie Los Angeles Lakers i Boston Celtics odbyło się w TD Garden w czwartek 10. lutego. Wszyscy z napięciem oczekiwali na ten dzień, w którym paść miał 13-letni rekord celnych trójek Reggie Millera. Przed tym meczem Ray'owi brakowało tylko dwóch trafień do pobicia tego rekordu, przy stole komentatorskim siedział sam Reggie, a przeciwnikami byli odwieczni rywale z Miasta Aniołów. Lepszego scenariusza nie dało się napisać.

Od początku czuć było wielką antycypację kibiców, Reggie'go, nas wszystkich. Gameplan na pierwsze minuty był prosty - szukanie Ray'a. Najpierw kilka łatwych rzutów z 5-6 metra po zasłonach, by złapać rytm. Wreszcie Allen wychodzi za łuk. Pierwsza próba - in and out. Jęk zawodu 18 624 fanów. Chwilę później Fisher nie zdążył wrócić z podwojenia i rekord wyrównany! Choć Ray mówił przed meczem, że nie będzie forsował trójek, to słowa nie dotrzymał. Selekcja dwóch kolejnych rzutów była mocno dyskusyjna, ale wszystko to stało się nieważne, gdy na 1:50 przed końcem pierwszej kwarty Allen trafił piękną trójkę w kontrze, tę z numerem 2561. Publika eksplodowała. Mały wylewny w uczuciach na co dzień Ray dał upust swoim emocjom:

(Photo by Brian Babineau/NBAE via Getty Images)
(Photo by Brian Babineau/NBAE via Getty Images)
To wspaniałe ukoronowanie kariery przyszłego członka Galerii Sław.

Teraz już do meritum, czyli do meczu. Przegraliśmy i w oczy rzuciło się parę niepokojących symptomów. Ten najważniejszy to:

Los Angeles Lakers mają wszystko co potrzebne, by pokonać Boston Celtics w Best of 7.

Niestety, ta teza jest prawdziwa, co zaraz postaram się udowodnić. Pod uwagę trzeba wziąć także fakt, że Boston miał do dyspozycji 7 zawodników (brak rezerwowej trójki i piątki).

  • Mają sposób na Rajona Rondo. Gdy Rondo stoi na top of the key, kryjący go Bryant stoi na linii rzutów wolnych. To dobre 2 metry przestrzeni pomiędzy nimi. Bryant zamyka możliwość penetracji, a do tego może doskakiwać do wychodzących zza zasłon strzelców zapobiegając rotacji swych kolegów. To zabija nasz ball-movement. Ciężko się oglądało jak najlepiej podająca drużyna w lidze męczy się w half-court offense. Rondo nie może nic wykreować wchodząc w pomalowane. W pierwszej kwarcie punkty z trumny zdobyliśmy dopiero, gdy Rajona przejął Steve Blake. Wcześniej było 0:12 w points in the paint. W całym meczu 32:50.
  • Mają wzrost. Niestety wyraźnie przegraliśmy deski 36:47. Bardzo uszkodził nas Lamar Odom, który nie przestaje mnie przerażać. 10 pkt., 12 zb. (6 ofensywnych!) w 24 minuty. Gość nabrał dużo pewności siebie na MŚ i wygląda, że nie ma co już więcej liczyć na jego nieregularność. To potencjalny X-Factor ewentualnej serii Finałowej między tymi dwoma drużynami.
    Andrew Bynum sprawiał wczoraj, że Perk wyglądał na małego. AB łatwo ogrywał jego i Glena w post-up, wszystkie celne rzuty oddał z pomalowanego.
    Gasol wyciągnął wnioski z poprzedniego meczu z Celtics; nie forsował gry na blocku, gdzie wcześniej był przepychany przez wysokich C's, tylko oddawał pewne rzuty z krótkiego półdystansu. W post bardziej wykorzystywał swoją szybkość niż mięśnie.
  • Mają Rona Artesta. Nie wiem na ile słaba dyspozycja Pierce'a to wina choroby, ale Ron Ron na pewno miał w tym swój udział. Był dużo aktywniejszy niż w styczniowym meczu, znowu przyklejony do koszulki PP jak w Finałach. Jeżeli mu się chce, to nadal potrafi. Tylko 2/6 Paula w 1. połowie i tylko 15 punktów w całym meczu przy aż 15 rzutach. Do gry wróci jeszcze Matt Barnes, kolejny plaster na kapitana. To oznacza w całości zdjęcie tej odpowiedzialności z Bryanta.

Mimo to początek był dobry. Prowadziliśmy nawet 45:30 i 49:34, gdyż trafialiśmy z półdystansu + bardzo dobrą zmianę dał Von Wafer. Wtedy Lakersi zaczęli grać swoje - przez wysokich, którzy wymuszali faule bądź oddawali piłkę na zewnątrz umożliwiając obwodowym penetrację. Kobe oddał przez dwie kwarty ledwie trzy rzuty. 53:45 to wynik do przerwy.

W trzeciej kwarcie Kobe wziął się do roboty, a run trwał. Licząc końcówkę drugiej kwarty, Lakers wygrali ten fragment 4:21 i i objęli prowadzenie. KB wpuścił Ray'a w foul-trouble, by po chwili rozprawiać się 1 na 1 z Vonem Waferem. Raz widziałem też na nim chyba Avery Bradley'a, ale wyglądało to groteskowo (dlaczego Avery grał tylko rok w Texasie? Jest kompletnie niegotowy na NBA). Dwie dobre sekwencje na KB miał niesamowity Rondo. Przegraliśmy tę kwartę 15:27.

Na początku 4Q jest 72-68, a Kobe odpoczywa na ławce. Killerzy Bostonu wrócili, Shannon Brown i LO powiększają przewagę. Wypoczęty Bryant wraca po kilku minutach, by dobić nas trzema jumperami. Należy też dać kredyt kalifornijskiej obronie, która pozwoliła nam rzucić tylko 33 punkty w drugiej połowie. 6/23 z gry w 3Q i 7/20 w 4Q = 13/43. Po tym jak doszliśmy na 79:82 po ładnym lay-upie Rondo, przez 3.5 minuty nie potrafiliśmy zdobyć kosza. Nie można wygrać meczu nie zdobywając punktów.

Czego potrzebujemy? 
  1. Agresywniejszego, dostającego się na linię Paula Pierce'a.
  2. Rondo trafiającego otwarte rzuty z wyskoku.
  3. Szybszego tempa, pace tego spotkania to tylko 87 posiadań! Musimy biegać jak w 4Q meczu z 31. stycznia.
  4. Rezerwowego obrońcy na KB. Shanie Battier, podążaj tą drogą!
  5. Jednego zdrowego O'Neala.
Trochę długa ta lista życzeń. Ale tylko wtedy możemy marzyć o pokonaniu Lakers w 7-meczowej serii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz